niedziela, 31 lipca 2016

Be your everything I

Okej, więc.
To jest kontynuacja...powiedzmy, tego jednego rozdziału, który dodałam dwa lata temu. Jeśli ktokolwiek to w ogóle czytał. Informuję, że postacie zaczerpnęłam z gry league of legends. Niektórych wygląd będzie taki sam, innych nie. Ale głównie bazuję na ich umiejętnościach z gry. Nie wiem co mi z tego wyjdzie.
Także tego, enjoy.
I wybaczcie błędy. 


Katarina wrzasnęła jak opętana i rzuciła się na łóżku do siadu, oddychając ciężko. To był tylko sen, tylko kolejny, paskudny, cholernie realistyczny sen z którego nie potrafiła się obudzić. Przymknęła powieki i bardzo usilnie starała się nie wypuścić spod nich słonych kropli. Nagle zapragnęła zająć myśli czymś innym, jednak nie było jej to dane. To nie tak powinno wyglądać. Nie powinna teraz budzić się w środku nocy z powodu rzezi jaka nastąpiła. Powinna spokojnie spać, być silna, potrafić im pomóc. Powinna była zrobić coś więcej, powinna była się wtedy posłuchać ojca. Ale co by to zmieniło? Prawdopodobnie niewiele. Mogło być jeszcze gorzej, chociaż, któż może to wiedzieć? Chyba tylko bogowie. Wszystkie skutki mają swoją przyczynę, jak mawiała jej matka.
Powoli spuściła nogi ze swojego łoża na podłogę. Na prawdę był środek nocy. Księżyc jasno świecił, a jego blask wpadał przez uchylone okno. Powoli się podniosła i prawie natychmiast poczuła pieczenie w boku i udzie. Rany już się praktycznie zagoiły, ba, powinny były zagoić się już dawno, przecież mają we dworze najlepszych medyków. Niestety to, co w nią trafiło było nasączone paskudną trucizną, przez którą jej rana, zamiast powoli się zasklepiać, otwierała się coraz bardziej i barwiła na fioletowo czarno. Na szczęście było już dużo lepiej, jednak dopiero parę dni temu zdołała stanąć o własnych siłach.
Nienawidziła bezsilności ponad wszystko inne, jak w ogóle mogła spokojnie spać, kiedy tam, poza murami, dzieją się takie paskudztwa.
Chwyciła czerwoną narzutę na ramiona z pięknego, pozłacanego fotela, z zamiarem zejścia do ogrodów. Potrzeba jej było powietrza, świeżego powietrza. Powoli, po cichu otwarła drzwi swojej sypialni, które skrzypnęły cicho. Syknęła pod nosem, cholera, jeśli zbudzi strażnika, to z jej przechadzki nici i dobrze o tym wiedziała. Ostatnimi czasy była lepiej pilnowana niż królewski skarbiec.
Na szczęście strażnik pod jej drzwiami smacznie chrapał i nie obudziło go byle skrzypnięcie. Parsknęła pod nosem. Gdyby ktoś chciał się zakraść, aby ją zabić z tym tutaj nie miałby większych problemów.
Powoli zbliżyła się do krętych schodów i zaczęła po nich schodzić, zaciskając przy tym zęby. Oczywiście, że bolało, ale przecież odczuwała już gorszy ból, to było nic.
Kiedy powoli docierała do głównego holu, odetchnęła z ulgą. Nie zniosła by już ani jednego stopnia więcej. Sama w nożach, których używała miała truciznę, więc mogła się tego spodziewać. Jednak ta była inna. Dla tego, który ją produkował należały się brawa za skuteczność.
Postanowiła nie wychodzić przez główne wrota, gdyż o ile dobrze pamiętała były zaryglowane, a przy nich oczywiście - śpiący, bo jakże by inaczej - młodziutki strażnik. To już zaczynało zalatywać paranoją. Jej ojciec dostał bzika. W dodatku była pewna, że tutaj w cale nie chodzi o bezpieczeństwo, tylko o pilnowanie, aby nie ruszała tyłka poza zamek. Pokręciła głową z zażenowaniem. Po co to wszystko? Jak na razie wielka buntowniczka Katarina, ze schodami sobie nie radzi, więc ustawianie dodatkowej straży po całym pałacu jest zwyczajnie zbędne. Ten młodziak umierający na ścianie, równie dobrze mógłby leżeć w łóżku.
Podążyła na tyły pałacu, gdzie znajdowało się drugie wyjście prowadzące prosto do przepięknych ogrodów jej matki. Zostały nawet nazwane jej imieniem. Wszyscy goście, którzy kiedykolwiek byli w pałacu zawsze się nimi zachwycali. Były ogromne, do tego jedna ich część wyglądała jak zaczarowany las. Najbliżej wyjścia były drewniane ławeczki, altanki porośnięte i morze wielobarwych róż. Jej ulubionymi, bo najdziwniejszymi, były dwubarwne, czarno czerwone.
Drzwi na zewnątrz były otwarte, a na stopniach prowadzących w dół ktoś siedział. Kata uniosła brwi, no cóż, nie tylko ona cierpi na bezsenność. Nagle osoba gwałtownie się odwróciła mierząc do niej z dwóch żarzących się pistoletów. Kto normalny nosi przy sobie broń w środku nocy? Ah tak, już wszystko jasne.
- Kto tu jest? - zapytała dziewczyna ze schodów.
Na Katarinie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nawet jeśli strzeli, to długo nie pożyje.
- Chyba coś z Tobą mocno nie tak, skoro mnie nie poznajesz Jinx. - mruknęła pod nosem - Czyżby wzrok Ci się pogorszył? Jesteś młodsza ode mnie, to zły objaw. Podobno widzisz w ciemności? - Rudowłosa zaśmiała się cicho z lekką pogardą, już po jej pierwszych słowach, broń została opuszczona.
- Wybacz księżniczko - Jinx wykrzywiła twarz w parodii uśmiechu - Ale niestety nie mam oczu w miejscu, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Co ty tutaj w ogóle robisz? Powinnaś leżeć w łożu i się nie przemęczać! Medyk Ci przecież wyraznie powiedział, ze jeśli chcesz walczyć w najbliższym czasie masz się oszczędzać! Ba, jeśli chcesz w ogóle wyjść z pałacu!
Katarina obrzuciła ją rozbawionym spojrzeniem i prychnęła
- I tak jestem więzniem, nigdzie nie mogę się ruszyć, więc daruj sobie. Jesteś ostatnią osobą młoda, która może mi rozkazywać w jakikolwiek sposób, nie mówiąc o ustawianiu mnie "do pionu". Robię to, na co mam ochotę, za niedługo nabawię się odleżyn. Ile można siedzieć na tyłku, zwłaszcza teraz...-zawiesiła na moment głos i wpatrzyła się w widok, który rozpościerał się daleko przed nimi. W piękne, zielone, majestatyczne szczyty górskie. Podeszła bliżej młodszej dziewczyny i usiadła przy niej.
- Robiąc sobie krzywdę nikomu nie pomagasz Katarino. To znaczy...wybacz księżniczko, ja... Z resztą ile ty niby leżysz i nic nie robisz? Od momentu, w którym Cię znaleziono minął zaledwie tydzień! Z tego prawie trzy dni byłaś nieprzytomna i walczyłaś o życie. - Jinx odrzuciła długie warkocze na plecy i zacisnęła pięści. - Posłuchaj, chcę walczyć następnym razem, rozumiesz? A z nikim innym mnie nie puszczą! Masz być zdrowa jak najszybciej. Nigdy więcej nie chcę nawet słyszeć, że mogłaś umrzeć, bo nie miałaś przy sobie ludzi, bo oni Cię nie posłuchali! Ja bym z Tobą poszła wszędzie, ja...
- Jinx! - Rudowłosa gwałtownie jej przerwała - Cicho bądz. Jeszcze raz nazwiesz mnie księżniczką na osobności, to nie ręczę za siebie.I tak Cię nigdzie nie puszczą, a już na pewno nie ze mną! - niebieskowłosa już chciała jej przerywać, ale uciszyła ją uniesieniem ręki - To była moja decyzja, moja lekkomyślność i moja głupota. Nikomu nie kazałam za mną iść. Fakt, powinni byli ze mną zostać, ale zwyczajnie się wystraszyli. To były w dużej mierze świeżaki, takie jak ty - na moment zawiesiła wzrok na młodszej dziewczynie, po czym wróciła do kontemplowania ogrodu, sciszając głos - Mogłam się domyślić, że właśnie tak się skończy wkroczenie w sam środek walki, kiedy jestem ledwo żywa. W dodatku z bandą małolatów. Nie wiem, kto im wydał pozwolenie na walki i czy w ogóle ktokolwiek je wydał. Sama sobie jestem winna. Jedna osoba więcej, czy mniej, nie miała by żadnego znaczenia.
- Ja bym Cię nie zostawiła! Nigdy! Przecież chciałaś ich ratować...przecież chciałaś dobrze...prze...
- Tak cholera, chciałam dobrze, ale jak właśnie widzisz...wyszło jak wyszło. Przypuszczałam jak sprawy będą się miały, a mimo to, zostawiłam oddział i chciałam się pobawić w boga. Poza tym nie masz pewności co byś zrobiła w sytuacji zagrożenia życia.
Różowooka już nic nie powiedziała, chociaż wyraznie chciała się odezwać. Zacisnęła pięści i zaczęła głęboko oddychać.
Nie miały za bardzo okazji porozmawiać o okolicznościach w jakich Katarina wróciła z ostatniej pożal się boże bitwy. Z resztą dziewczyna była młoda i niedoświadczona. Lubiła ją, ale potrafiła być denerwująca z tą swoją natarczywością.
To miał być zwykły zwiad. Ostatnia grupa, którą wysłano, aby spatrolowała okoliczną wioskę, znajdującą się jednak przy granicach z innym państwem, zwyczajnie nie wróciła. Z racji tego, że ona akurat była pod ręką, głównego dowodzącego nie było, a ojciec kazał poczekać, jednak był na tyle zajęty, że nie zajmował się tą sprawą, to ona postanowiła wziąć ją w swoje ręce. W końcu to też jej królestwo, jeżeli rzeczywiście coś się stało powinna coś zrobić. Była jednym z najlepszych żołnierzy. No i zrobiła. Prawie popełniła samobójstwo, zabijając przy tym pół oddziału. Nie własnoręcznie oczywiście, ale przyczyniła się do rzezi. Skąd mogła wiedzieć, że wrogów będzie aż tak wielu? No cóż, wiedzieli w co się pakują, a to, że ona była znana z działania, a nie czekania... To było chyba jasne.
Znowu zerknęła na młodszą dziewczynę i podniosła się z siadu.
- Nie złość się młoda, ale nigdy więcej nie zamierzam brać niedoświadczonych, młodych osób ze sobą na takie misje. Nawet jeśli będzie to miał być tylko podejrzenia niebezpieczeństwa, bo przecież nigdy nie jest bezpodstawne. Nawet gdy będę mieć deficyt ludzi. Zwyczajnie nie wiem, co pózniej mam robić. Ratować was, cywili, czy może nie dać się zabić.
To nie do końca była ich wina. Przecież sama przyznała przed chwilą, sama przed sobą, że i tak nie mieli by szans, ale możliwe, że nie było by tylu trupów.
- Ale Katarina! Przecież nie wszyscy nie potrafią dobrze walczyć! Są tacy, którzy są na prawdę świetni! I nie musiała byś nikogo z nich ratować! Może nawet oni ratowali by Ciebie! Gdzie mamy zdobywać doświadczenie skoro nikt nie chce nam dać szansy!?
Na wzmiankę o jej ratowaniu skrzywiła się nieznacznie. Może i miała status księżniczki, ale ratunku za bardzo nie potrzebowała. Zazwyczaj.
- Bardzo możliwe, ale nigdy więcej nie uwierzę w wasze zapewnienia, że jesteście wyszkoleni. Dopóki nie zobaczę wydanego pisma osoby, która was szkoli, nigdzie was nie zabiorę. Ba, jeśli będziecie chcieli walczyć przy mnie, sama będę was sprawdzać. Ja nie robię sobie rekreacyjnych wycieczek po górach, tylko dbam o bezpieczeństwo i muszę być pewna za swoich ludzi. Wtedy, tam, miałam tylko sprawdzić, dlaczego nasz oddział tak długo zwleka z powrotem. Wioska nie była daleko Jinx, nie powinno tam być tylu wrogów. O orkach i stworach nie wspominając. Więc nie sądziłam, że te młodziaki w ogóle będą musiały walczyć. Nie mam pojęcia dlaczego wybrali sobie akurat to miejsce. Może chcieli nas sprowokować? Co tam robili, to nie ma sensu, atakować tak nielogicznie. Od środka. - zacisnęła zęby i odetchnęła głęboko. Na samo wspomnienie ponosiły ją nerwy.
- To rzeczywiście dziwne. Przecież po drodze powinni się natknąć na patrole i wojska, prawda? A oni... weszli jak do siebie. I praktycznie rozgromili dwa nasze oddziały, a...
- Jeden - wtrąciła Katarina - rozgromili jeden i do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Tak jakby się z nami cholera bawili! Wszystko idzie nie tak.
Jej oddział nie został "rozgromiony". Ona padła, bo chciała się pobawić w samarytankę. I młodzi, niedoświadczeni, którzy zostali.
- Wiesz, to nie wróci mu życia. Twoje ryzyko...Wiesz o tym prawda?
Katarina nic nie odpowiedziała, no bo co i mogła. Nie miała najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Nagle usłyszała za sobą ciężkie wojskowe buty, echo roznosiło się coraz głośniej i wyrazniej. Ewidentnie ktoś zmierzał w ich stronę. Odwróciła się powoli, coś za dużo tych, którzy nie umieją spać. Zmrużyła oczy i wciągnęła powietrze nosem. Poczuła psi zapach i piżmo, tak bardzo charakterystyczne. Lubiła je.
- Warwick? Co ty tu robisz?
- Witaj piękna - nie musiała widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć, że się uśmiecha - Jak Twoje samopoczucie? Co tutaj w ogóle robisz o tak póznej porze?
-Dawno Cię nie widziałam, wiesz? Po prostu nie mogłam spać - pokręciła głową ze zrezygnowaniem - A ty? Co tu robisz, szukałeś mnie?
- Nie, ale wyczułem Cię i to, że jesteś aktywna jak tylko wszedłem przez bramę. Wszędzie rozpoznam Twój zapach. - Katarina uśmiechnęła się pod nosem, to było miłe - Nie szukałem Cię, ale skoro i tak nie śpisz, postanowiłem się przywitać. Nie tylko ja przyjechałem. Wszyscy dowódcy, którzy byli na miejscu zostali wezwani. Będzie zebranie.
-Będzie...co?! Jak to? Ja nic nie wiem na ten temat. Co tu się dzieje? - gwałtownie podniosła się z siadu i wbiła w mężczyznę niecierpliwe spojrzenie.
- Uspokój się furiacie. Sam nie jestem w stanie stwierdzić, ale chyba coś się kroi. Jeżeli nic Ci nie powiedzieli, pewnie nie miałaś w nim uczestniczyć. Zrelaksuj się, ostatnio mocno oberwałaś. Nie możesz się denerwować. - Podszedł do niej krok bliżej i złapał ją za podbródek spoglądając w oczy- Gdybym wtedy tam był, rozniósłbym ich na strzępy. - Ostatnie zdanie zostało wywarczane, jego kły się wysunęły, a w oczach pojawił się niezdrowy blask.
Katarina spuściła wzrok, chociaż kusiło ją, żeby popatrzeć w te żółte ślepia jeszcze trochę. Lubiła go, bardzo. Miał świetny charakter.
- Warwick... Idę z Tobą. Chcę wiedzieć co się dzieje. Jeśli zwołują wszystkich, ja też powinnam tam być, niezależnie od tego co myśli mój ojciec i brat. Prowadz.
Dopiero teraz zwróciła uwagę na Jinx, która bacznie im się przyglądała.
- Dobrze Ci radzę młoda, idz spać, bo jutro rano masz lekcje, a chyba nie chcesz się spóznić? - Mówiąc to już robiła krok na przód. - Gdzie to zebranie?
- W głównej sali obradowej. Ja umywam ręce, spotkałaś mnie przypadkiem i wierciłaś dziurę w brzuchu. Na nic się nie godziłem, jasne?
- Jasne. Idziemy.

piątek, 27 maja 2016

Don't go. I can't do this on my own I

Dwa lata temu dodałam tutaj pierwszego i ostatniego zarazem posta. Pózniej zwyczajnie się nie odzywałam. Może trochę zapomniałam, że w ogóle założyłam bloga, ale w dużej mierze moja chęć tworzenia z dnia na dzień zanikła, sama nie wiem dlaczego.
To nowe coś, co wymyśliłam zainspirowana pewną...piosenką. Nie wiem co z tego wyniknie. Nie wiem, jak będzie z kontynuacją, ale  może ktoś to przeczyta.  

Tytuł: Don't go. I can't do this on my own.
Ostrzeżenie: Psychiczne, na prawdę. Występują przekleństwa.
Niebetowane, będą błedy hehe.
Enjoy!


Wiecie kiedy uświadamiacie sobie, że coś z wami jest mocno nie tak? Kiedy sami robicie sobie krzywdę i nic was to nie obchodzi. Ba, robicie to wręcz naumyślnie, z pełną premedytacją. Idąc tym tokiem myślenia, gdzie ja schowałam numer do psychiatry? Matka podrzuciła mi go dawno temu, niby przypadkiem, myśląc zapewne, że nie zauważę, jak się zakrada niczym ninja, krążąc nad moją torebką i coś do niej wkładając. Nie zauważyłam. W cale. Od tamtego momentu do niej nie przyszłam po prostu. Nie nawidzę jak grzebie mi się po szmatach. Mam tu na myśli wszystko. To co Twoje, to i moje, a to co moje, to nie ruszaj. Zasada numer jeden. Nie dotykać nic, powtarzam nic, co należy do mnie, dla własnego dobra psychicznego, bezpieczeństwa przede wszystkim i mojego gardła, bo drę się potem jak wariatka, którą poniekąd jestem. Oczywiście nie zawsze tak było, ale od pewnego czasu jestem wręcz chora na tym punkcie.

W każdym razie, moja mamusia chyba liczyła, że pomyślę o cudownym objawieniu się tej malusiej karteczki, bo kiedy grzecznie zapytałam, co to kurwa jest, wzruszyła ramionami i przejechała językiem po zębach. To taki mały gest symbolizujący oburzenie i bulwers, widuję go odkąd pamiętam. Nienawidzę tego, ale jak się zirytuje, robię tak samo. Bezwiednie. To strasznie wkurza, ale cóż poradzę, mieszkałam z nią prawie 19 lat. 

Wracając do kartki i objawienia. Objawienie mi się kojarzy tylko z aniołkami, Maryjką i dziećmi z Fatimy. Apropo Fatimy taki zespół j-rockowy znalazłam ostatnio. Nazywał się tak znaczy się. Gdyby się księża dowiedzieli, że taka nazwa, zespołu, którego wokaliści mamlają się na scenie, pewnie zeszliby na zawał. Mnie się tam podoba. Zespół, nie perspektywa zawału od księży. Chyba. W każdym razie wypadało by znalezć tę wizytówkę. Ostatnio mi się pogorszyło, jednak perspektywa zamknięcia w wariatkowie nie bardzo mi się podoba. Nienawidzę ludzi, między innymi za to, że zamiast pomagać, potrafią tylko szkodzić. 

Zamyśliłam się po raz pięćdziesiąty tego dnia. Łapię typowe "zawiechy", co nie jest ani fajne, ani bezpieczne. Bardzo łatwo w takim stanie wchodzę, zupełnie niezamierzenie pod auta, albo robiąc sobie obiad, tnę się po paluchach. Nie pamiętam kiedy ostatnio robiłam sama ten posiłek, ale to jest mało ważne. Mój żołądek jakby na potwierdzenie glośno zaburczał, a ja skrzywiłam się mimowolnie. Zaraz zwymiotuję, chociaż pewnie nie mam czym, mimo wszystko ostro mnie zemdliło. Powlokłam się do kuchni z zamiarem zrobienia sobie herbaty, zielonej w gwoli ścisłości. Nie pijam nic, oprócz kawy, coli i herbat ziołowych. Czarne, czerwone be. Wszystko co ma odcień zieleni, lub jest miętowe tak. Aktualnie zielona z cytryną, chyba moja ulubiona. Odpaliłam gaz, nalałam wody do czajnika, postawiłam na palniku i cierpliwie czekałam. Nie, nie mam elektrycznego podgrzewacza wody, on za drogi, ja za biedna. 

W tym momencie rozdzwonił się mój telefon. Rzadkie zjawisko, ale zdarza się. Zdziwiona zerknęłam na wyświetlacz podnosząc jedną brew. Przesunęłam po zielonej słuchawce, przykładając urządzenie do ucha. Zjadła bym banana, muszę wybrać się do sklepu. W lodówce mam tylko światełko.

-Halo? - zapytałam niepewnie dla odmiany marszcząc brwi, ta rozmowa się dobrze nie skończy. 

-Ines? - nie królowa Bona kurwa, a pod czyj numer dzwonisz baranie?! - Ines, cześć, co tam u Ciebie, jak mija weekend? - usłyszałam chichy, suchy, ale przede wszystkim wymuszony śmiech. Wywróciłam oczami, czy on sądzi, że ja jestem głupia?

- Czego chcesz? Zajęta jestem. Trupy w szafie same się nie zakopią, muszę je jeszcze wypatroszyć i zrobić mielone. Coś się stało? Ktoś umarł? - Czy ja wyczułam w swoim głosie entuzjazm? Matko...
Znowu usłyszałam ten wymuszony chichot, tym razem jakby z nutką przerażenia. Kurwa jak hiena.
-Dlaczego sądzisz, że coś się stało? To już nie mogę zadzwonić do siostry, żeby zapytać czy żyje i czy wszystko w porządku? 
Na momencik się zawiesiłam, ale tylko na chwilę. Martwi się? Ta kanalia? Dobre żarty. Nawet kiedy leżałam w szpitalu szybciej doczekałam się telefonu od szefa, niż od niego. Chyba że...
- Kontrola? - tym razem obie brwi uniosłam w akcie zdziwienia i...rozbawienia. Tak, zaśmiałam się, o cholercia rozbawił mnie – Sprawdzasz, czy kontaktuję i czy jeszcze nie powiesiłam się na klamce? Albo na żyrandolu? W podcinaniu żył też jestem niezła. Co sumienie Cię ruszyło, czy mamusia kazała? A co byś zrobił jakbym nie odebrała? - zaczęłam już jawnie chichotać. Nie oczekiwałam odpowiedzi na ani jedno z tych pytań. 
Jednego byłam pewna, dla każdego NORMALNEGO człowieka pytanie mojego brata nie wydało by się niczym dziwnym. Ba, pewnie by się ucieszyli, że ktoś o nich myśli. Ja nie jestem normalna, więc dla mnie też nie znaczy to to, co dla wszystkich innych. W moich uszach brzmi jak "jeszcze się nie zabiłaś? Szkoda." Po drugiej stronie zrobiło się jakoś dziwnie cicho i coś jakby łupnęło, usłyszałam ciche przekleństwo.
- Przestań się wygłupiać Ines. - wysyczał po chwili jak jakiś wąż, chyba go wkurzyłam - Tak, martwię się to chyba logiczne, nie odzywasz się przez szmat czasu, ani do mnie, ani do nikogo z rodziny, matka też się martwi, a poza tym... 

- Matka się martwi - przedrzeznilam go i prychnęłam - Przynajmniej nie kłam, adres zna, numer ma, nie zmieniałam, bo dalej spłacam telefon, nienawidzę jak dzwoni, fakt, często odrzucam połączenia, ale to jej powinno wystarczyć. Odrzucam, czyli żyję, nic więcej was obchodzić nie powinno. - warknęłam w odpowiedzi, dobrze wiem, że mu przerwałam, ale po prostu mnie wkurzył. Nagle mój żółty czajniczek się rozgwizdał. Nareszcie. Chyba zrezygnuję z zielonej i zaparzę sobie meliskę. Wręcz czułam pod skórą mrówki, czyli objaw podwyższonego ciśnienia. Zgrzytnęłam zębami - Ponawiam pytanie, czego chcesz? 
- Wiesz czasem nie mam do Ciebie słów - powiedział cicho.
- Oj jak mi przykro, polecam czytać więcej książek, wzbogacają słownik. Czy możemy w końcu przejść do rzeczy. Po co zadzwoniłeś. - ja już na prawdę zaczynałam warczeć jak pies.
-Eliza za tydzień ma urodziny Ines... - miałam wrażenie, że głos mu zadrżał - Mam nadzieję, że nie muszę Ci tłumaczyć, co to znaczy. Ona ma nadzieję, że Cie zobaczy, nawet wysłała Ci już zaproszenie. Zachowaj się przyzwoicie i pokaż się na imprezie, chociaż na godzinę. Nikt Cię nie zmusza do dobrej zabawy. Po prostu przyjdz, złoż życzenia, pogadaj trochę i możesz sobie iść. 
No to pięknie, a mogłam nie odbierać tego telefonu, wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Momentalnie moje wkurzenie zmieniło się w przerażenie. 
- Emmm, wiesz Patryś trup mi chyba wypełzł z szafy, muszę kończyć, pa - odsunęłam telefon od ucha i w zastraszająco szybkim tempie zaczęłam uderzać w czerwony przycisk "zakończ". Trochę się dziad (mój telefon) tnie, dlatego nie zareagował od razu, więc miałam wątpliwą przyjemność wysłuchania jeszcze paru miłych słów od tego oszołoma. Wyciszyłam telefon i schowałam go do szafki, tak, chore, nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Jakby się dało zabiła bym tę szafkę gwozdziami. Serce biło mi trzy razy szybciej niż w normie. Kurwa w cale nie mam się czego bać, więc o co chodzi. Jestem w domu, 
Nie pójdę na żadne urodziny i kropka. Ja się tym ludziom na oczy nie zamierzam pokazywać do końca życia. Ta połowa mojej rodziny, która jeszcze jakimś cudem nie wie o tym, że byłam u czubków i trzeba się ode mnie odsuwać jakbym miała trond, spotka się z tą, która już doskonale o tym wie, a kiedy na dokładkę zobaczą mnie, zacznie się istny armagedon i ciskanie we mnie nieprzyjaznych spojrzeń. Może jak ktoś się mnie bardzo wystraszy, to rzuci we mnie talerzem? 
Spojrzałam na zegar nad lodówką. Miałam jeszcze trochę czasu. Zalałam herbatę, wzięłam kubek w dłoń i pomaszerowałam do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku, naczynie odstawiłam na szafkę, a moja ręka automatycznie powędrowała do mojej głowy. Kurwa! Stop, nie wolno. To wszystko przez telefon od tego barana. Nie mogę sobie znowu zrobić krzywdy. Tak moi mili państwo, jestem malutką masochistką. Chciałam sobie wyrwać włosa. Oh nie, na jadnym z pewnością by się to nie skończyło, może jakby mnie przeraziła ilość, czyli jakoś przybliżając pełna garść moich blond kłaków, to poleciałam bym z płaczem do kibla i w końcu odpuściła. Może. Dziękuję niebiosom, że obdarowali mnie dużą ilością włosów, zawsze miałam je gęste, teraz już nie bardzo, ale tylko dlatego jeszcze nie jestem łysa. Wracając, odkąd miały miejsce pewne wydarzenia w moim życiu, w momentach stresu, bądz strachu robię sobie zwyczajnie krzywdę. Może nie tak bezpardonowo, że biorę żyletkę w dłoń i dawaj, chociaż też mi się zdarzyło, ale...potrafię się skrzywdzić bardziej subtelnie., nie panując nad tym. Mieszkam sama, ledwo za wszystko płacę, ale żelowe paznokcie mam. Dlaczego? Bo gdybym miała swoje, były by prawdopodobnie obgryzione do krwi, albo nawet wyrwane, a tego za wszelką cenę chcę uniknąć. 
Wiecie co jest najgorsze? Nie wiecie? To wam powiem. W cale mi się nie podoba to, że nie potrafię panować nad swoją nienormalna stroną, bo ona niestety ma nade mną przewagę. Przysięgam, nie potrafię nad sobą zapanować, kiedy chcę zrobić coś pokroju wyrwania sobie połowy włosów, po protu wyłączam myślenie. Kiedy na powrót pozwalam sobie samej na łączenie faktów. mam ochotę sobie dać w twarz. Dostaje klasycznego napadu histerii. Po prostu, płaczę jak nienormalna. Po co mi to, co? Lubię moje włosy, ba, ja je wręcz kocham, więc dlaczego nie mogę dać im spokoju? Co się ze mną dzieje, że potrafię tylko płakać i się obwiniać? Czuję jakbym w środku, w sobie miała miliardy igieł, które wbijają się we mnie i kaleczą w najmniej odpowiednich momentach. Jestem cholernie słaba. Poczułam łzy na moich policzkach, usmiechnęłam się gorzko. Dobrze, że nie zdążyłam jeszcze zrobić makijażu.
Oczywiście gdyby nie zadzwonił mój braciszek pewnie nie odczuwała bym tak usilnej potrzeby rozwalenia sobie głowy. Zawsze zostaje żyletka i uda. Ud nie lubię, nie będzie mi ich szkoda. Odgoniłam od siebie te myśli i pociągnęłam łyk herbaty, z kubka, który przed chwilą wzięłam w ręce. Ponownie spojrzałam na zegarek, tym razem na szafce. Cholera, te moje wewnętrzne monologi zajmują stanowczo za dużo czasu. Za godzinę powinnam być w pracy.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Prolog

Początki są zawsze najtrudniejsze. 
To moja pierwsza taka historia i pierwszy taki blog, więc proszę nie zjedzcie mnie żywcem, za powtórzenia, braki przecinków, czy inne cudowne błędy.

***

 
To nie jest sprawiedliwe. To nigdy nie było i nie będzie sprawiedliwe. Co ona tu w ogóle robi? Przecież to samobójstwo. Musi się stąd wydostac. Huk wystrzału zagłuszył myśli.
 Pięknie. Poczuła jak coś uderza ją w bok z taką siłą, że aż pociemniało jej przed oczami. Walnęła w ścianę i na moment straciła rezon.
Posypała się kolejna porcja gruzu z ciężkich ścian, wielkiego budynku, który powoli, przestawał przypominac cokolwiek. Ruina, tak to odpowiednie słowo. A było tu tak pięknie! Wciągnęła gwałtownie powietrze, coś ją przygniatało. Poczuła palący ból w boku. Krew! O nie nie nie..z nowo powstałej rany gwałtownie lała się posoka. Kurwa, tyle alternatyw, jak umrzec, a ona wykrwawi się na śmierc, w jakiejs podrzędnej wsi, próbiując ratowac cywili. Świetnie. Co ona sobie w ogóle myślała. Przeklęta idiotka. W oczach zebrały się łzy. Flustracja,strach i bezsilnośc powoli wkradły się do wnętrza bezradnej dziewczyny i zaczynały pożerac od środka. Gwałtownie potrząsnęła głową, nie może sobie pozwolic na porażkę!Jest silna, poradzi sobie. Musi...
Siedziała oparta o ledwie trzymająca się ceglaną ścianę, ktora wibrowała niebezpiecznie przy każdym kolejnym wybuchu. W co ona się wpakowała... Spojrzała w dół. Przygniatał ją kawał metalu, do którego przyklejony był jakiś tynk. Normalnego człowieka, taki ciężar powinien zabic, ba, normalny człowiek nie powinien już życ. Ale nie ona. Ona to inna bajka.
Była słaba, wyczerpana ale nie na tyle, żeby nie dac rady zrzucic z siebie betonu i kawału żelastwa... Mimo wszystko poczuła wszechogarniający ból. Zacisnęła powieki. No cóż, trzeba sobie radzic, każdy wojownik o tym wie. Zwaliła z siebie ten irytujący ciężar.
Syknęła czując, jak przy gwałtownym podniesieniu. z rany wypływa coraz więcej krwi. Bolało. Na bogów,cholernie bolało.
Rozejrzała się dookoła.
 Przerażeni ludzie uciekali na oślep, nie zwracając uwagi na czyhające za rogiem niebezpieczeństwo.  Mała dziewczynka którą matka trzymała na rękach, uciekając w popłochu przed zagrożeniem, bardzo głośno płakała. Jej małe loczki podskakiwały przy szybkich ruchasz rodzicielki. Nagle czas jakby się zatrzymał. Katarina spojrzała małej w oczy, były piękne, takie niebieskie, jak najczystsze niebo w środku lata. Przypominały jej czyjeś oczy, tak samo niebieskie, a może i bardziej. Boże jak bardzo chciała by, żeby teraz tu był. Wiedziałby co robic.
Przyjrzała się ślicznotce uważniej, jej mała zapłakana buzia,  o ślicznym pucołowatych policzkach
miała niezdrowe rumience. Małe paluszki przyłożyła do czerwonych od płaczu usteczek,  żeby przygryźc je bezradnie.W normalnych okolicznościach, powiedziała by, że dziewczynka jest urocza. Mała kokardka w jej włosach, zwisała posępnie trzymając się resztką sił.
 Nagle wszystko przyspieszyło. Usłyszała następny huk. Już nie było dziewczynki, tylko mnóstwo krwi...wzędzie krew
Na twarzy kobiety malował sie szok, powoli upadała za swoją córką chyba nie zdając sobie sprawy, że nie posiada już połowy swojego ciała.
. Katarina zacisnęła zęby, żeby nie wrzasnąc i przykryła twarz rękoma. odrzut powietrza wbił ją w podłoze, poczuła jak obrywa czymś, co było wilgotne i lepkie. Na prawdę, nie chciała patrzec w dół. Musiała wziąc się w garsc. Musiała, nie miała wyjścia, jeśli chce przeżyc. A życ musiała, nie zginie teraz, nie w ten sposób.
Wstała powoli, na drżących nogach przesunęła się o kilka kroków wzdłuż ściany.  W jej głowie szalały myśli. Musi się pozbierac. Wszystko ją bolało. Jej oczy rozbłysły niezdrowo...Nic nie mogła zrobic, żeby pomóc tym ludziom.. Pieprzone potwory. Było ich zbyt wiele...
 Na ziemi leżały setki oszpeconych i pozbawionych konczyn ciał. Kiedy przyszła, o wiele więcej z nich żyło. . A minęła zaledwie godzina
 A może więcej? Straciła rachubę. I niestety na jej nieszczęście to nie jedyna rzecz, którą zgubiła. Przecież nie przyszła tu sama. Jeżeli ich nie znajdzie, a znajdą ją wrogowie... wolała nie myślec co będzie później.Trafi do czystego piekła.Gdzie do cholery są te zakichane posiłki? Przecież mieli tu przybyc, jak tylko rozprawią się z pożarem w Katos, prawda? Prawda do cholery?
Nie powinno  jej tutaj w ogóle byc. Jeżeli jakimś cudem przeżyje nie ginąc, na miejscu, albo w inny paskudny sposob to w domu, śmierc nie będzie tak krótka i bezbolesna. Pzecież ojciec ją wypatroszy, przestrzeli i rzuci piekielnym psom na pożarcie. Nie posłuchała rozkazu. Kolejne uderzenie.  Poczuła jak ziemia pod jej stopami zatrzęsła się niebezpiecznie. Ledwo co stanęła na nogi, a one już się pod nią ugieły.Spojrzała przed siebie, może uda jej się dobiec do tego magazynu?A raczej, do jtego co z niego zostało. Gorzej już nie będzie. Musi to przezyc. Musi, musi, musi!
Przymknęła oczy z trudem łapiąc oddech. Poranione udo piekło niemiłosiernie, a z jej boku spływało coraz więcej krwi.  Jakoś nie potrafiła myślec pozytywnie...Jest świetnym wojownikiem i dobrym magiem, ale nawet ona sobie nie poradzi z setką oblężających miasteczko i uzbrojonych po zęby orków. Poza tym.... były jeszcze harpie.
Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, musi się stąd wydostac... i schowac. . Co ona sobie w ogóle myślała? że wparuje w tłum uzbrojonych potworów, sama jedna i wyjdzie z tego cało?Ha. Zabawne. Zupełnie jak jej świętej pamięci mamuśka. Pieprzone altruistki.
Miała pomóc, a jak na razie rozjuszyła i napaliła, te piekielne stwory. Dobrze wiedziały kim jest.
Dziesiąty już chyba wystrzał wstrząsnął budynkiem. Ledwo trzymająca się resztka sufitu niebezpiecznie zadrgała nad jej głową. Mięśnie do granic napięte zaczynały odmawiac posłuszenstwa.  Zdecydowała się w mgnieniu oka, to było szybkie. W jednej chwili zaczęła biec, mając w głębokim poważaniu ból, który towarzyszył na powrót otwierającym się ranom.
Zza pasu, który oplatał ją w talii,wyciągnęła malenkie zatrute sztylety. Widziała ich, zwrócili na nią uwagę, nie minie kilka sekund, a jeżeli ją rozpoznają zaczną gonic, jeśli nie.... jej mózg wyląduje na ścianie na przeciwko. Pod nosem wymówiła zaklęcie i zawirowała szybko wokół własnej osi, posyłając w stronę wrogów setki ostrych narzędzi. Padli! Wszyscy! Udało jej się, przynajmniej na razie! Miała ochotę się roześmiac, ale na początek musi dobiec do tego budynku, a poźniej poszukac reszty.
O cholera! Poczuła jak coś rośnie jej w żełądku, zamigotało jej przed oczami, miała wrażenie, jakby jej wnętrzności przekłuwało tysiące igieł. Upadła na kolana dławiąc się własną krwią. Poczuła ból w skroniach
O nie... nie! Powoli traciła oddech. Z rany na boku obficie tryskała krew.Cholera, nie może umrzec, nie teraz, nie tutaj. W jej oczach coś błysnęło, chciała wstac, jednak ból był silniejszy. Miała wrażenie, że się pali. W następnej chwili poczuła, że traci świadomośc, chciała z tym walczyc, ale nie miała już sił.
Nastąpiła ciemnośc.