Okej, więc.
To jest kontynuacja...powiedzmy, tego jednego rozdziału, który dodałam dwa lata temu. Jeśli ktokolwiek to w ogóle czytał. Informuję, że postacie zaczerpnęłam z gry league of legends. Niektórych wygląd będzie taki sam, innych nie. Ale głównie bazuję na ich umiejętnościach z gry. Nie wiem co mi z tego wyjdzie.
Także tego, enjoy.
I wybaczcie błędy.
To jest kontynuacja...powiedzmy, tego jednego rozdziału, który dodałam dwa lata temu. Jeśli ktokolwiek to w ogóle czytał. Informuję, że postacie zaczerpnęłam z gry league of legends. Niektórych wygląd będzie taki sam, innych nie. Ale głównie bazuję na ich umiejętnościach z gry. Nie wiem co mi z tego wyjdzie.
Także tego, enjoy.
I wybaczcie błędy.
Katarina
wrzasnęła jak opętana i rzuciła się na łóżku do siadu,
oddychając ciężko. To był tylko sen, tylko kolejny, paskudny,
cholernie realistyczny sen z którego nie potrafiła się obudzić.
Przymknęła powieki i bardzo usilnie starała się nie wypuścić
spod nich słonych kropli. Nagle zapragnęła zająć myśli czymś
innym, jednak nie było jej to dane. To nie tak powinno wyglądać.
Nie powinna teraz budzić się w środku nocy z powodu rzezi jaka
nastąpiła. Powinna spokojnie spać, być silna, potrafić im pomóc.
Powinna była zrobić coś więcej, powinna była się wtedy
posłuchać ojca. Ale co by to zmieniło? Prawdopodobnie niewiele.
Mogło być jeszcze gorzej, chociaż, któż może to wiedzieć?
Chyba tylko bogowie. Wszystkie skutki mają swoją przyczynę, jak
mawiała jej matka.
Powoli spuściła nogi ze swojego łoża na podłogę. Na prawdę był środek nocy. Księżyc jasno świecił, a jego blask wpadał przez uchylone okno. Powoli się podniosła i prawie natychmiast poczuła pieczenie w boku i udzie. Rany już się praktycznie zagoiły, ba, powinny były zagoić się już dawno, przecież mają we dworze najlepszych medyków. Niestety to, co w nią trafiło było nasączone paskudną trucizną, przez którą jej rana, zamiast powoli się zasklepiać, otwierała się coraz bardziej i barwiła na fioletowo czarno. Na szczęście było już dużo lepiej, jednak dopiero parę dni temu zdołała stanąć o własnych siłach.
Nienawidziła bezsilności ponad wszystko inne, jak w ogóle mogła spokojnie spać, kiedy tam, poza murami, dzieją się takie paskudztwa.
Chwyciła czerwoną narzutę na ramiona z pięknego, pozłacanego fotela, z zamiarem zejścia do ogrodów. Potrzeba jej było powietrza, świeżego powietrza. Powoli, po cichu otwarła drzwi swojej sypialni, które skrzypnęły cicho. Syknęła pod nosem, cholera, jeśli zbudzi strażnika, to z jej przechadzki nici i dobrze o tym wiedziała. Ostatnimi czasy była lepiej pilnowana niż królewski skarbiec.
Na szczęście strażnik pod jej drzwiami smacznie chrapał i nie obudziło go byle skrzypnięcie. Parsknęła pod nosem. Gdyby ktoś chciał się zakraść, aby ją zabić z tym tutaj nie miałby większych problemów.
Powoli zbliżyła się do krętych schodów i zaczęła po nich schodzić, zaciskając przy tym zęby. Oczywiście, że bolało, ale przecież odczuwała już gorszy ból, to było nic.
Kiedy powoli docierała do głównego holu, odetchnęła z ulgą. Nie zniosła by już ani jednego stopnia więcej. Sama w nożach, których używała miała truciznę, więc mogła się tego spodziewać. Jednak ta była inna. Dla tego, który ją produkował należały się brawa za skuteczność.
Postanowiła nie wychodzić przez główne wrota, gdyż o ile dobrze pamiętała były zaryglowane, a przy nich oczywiście - śpiący, bo jakże by inaczej - młodziutki strażnik. To już zaczynało zalatywać paranoją. Jej ojciec dostał bzika. W dodatku była pewna, że tutaj w cale nie chodzi o bezpieczeństwo, tylko o pilnowanie, aby nie ruszała tyłka poza zamek. Pokręciła głową z zażenowaniem. Po co to wszystko? Jak na razie wielka buntowniczka Katarina, ze schodami sobie nie radzi, więc ustawianie dodatkowej straży po całym pałacu jest zwyczajnie zbędne. Ten młodziak umierający na ścianie, równie dobrze mógłby leżeć w łóżku.
Podążyła na tyły pałacu, gdzie znajdowało się drugie wyjście prowadzące prosto do przepięknych ogrodów jej matki. Zostały nawet nazwane jej imieniem. Wszyscy goście, którzy kiedykolwiek byli w pałacu zawsze się nimi zachwycali. Były ogromne, do tego jedna ich część wyglądała jak zaczarowany las. Najbliżej wyjścia były drewniane ławeczki, altanki porośnięte i morze wielobarwych róż. Jej ulubionymi, bo najdziwniejszymi, były dwubarwne, czarno czerwone.
Drzwi na zewnątrz były otwarte, a na stopniach prowadzących w dół ktoś siedział. Kata uniosła brwi, no cóż, nie tylko ona cierpi na bezsenność. Nagle osoba gwałtownie się odwróciła mierząc do niej z dwóch żarzących się pistoletów. Kto normalny nosi przy sobie broń w środku nocy? Ah tak, już wszystko jasne.
- Kto tu jest? - zapytała dziewczyna ze schodów.
Na Katarinie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nawet jeśli strzeli, to długo nie pożyje.
- Chyba coś z Tobą mocno nie tak, skoro mnie nie poznajesz Jinx. - mruknęła pod nosem - Czyżby wzrok Ci się pogorszył? Jesteś młodsza ode mnie, to zły objaw. Podobno widzisz w ciemności? - Rudowłosa zaśmiała się cicho z lekką pogardą, już po jej pierwszych słowach, broń została opuszczona.
- Wybacz księżniczko - Jinx wykrzywiła twarz w parodii uśmiechu - Ale niestety nie mam oczu w miejscu, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Co ty tutaj w ogóle robisz? Powinnaś leżeć w łożu i się nie przemęczać! Medyk Ci przecież wyraznie powiedział, ze jeśli chcesz walczyć w najbliższym czasie masz się oszczędzać! Ba, jeśli chcesz w ogóle wyjść z pałacu!
Katarina obrzuciła ją rozbawionym spojrzeniem i prychnęła
- I tak jestem więzniem, nigdzie nie mogę się ruszyć, więc daruj sobie. Jesteś ostatnią osobą młoda, która może mi rozkazywać w jakikolwiek sposób, nie mówiąc o ustawianiu mnie "do pionu". Robię to, na co mam ochotę, za niedługo nabawię się odleżyn. Ile można siedzieć na tyłku, zwłaszcza teraz...-zawiesiła na moment głos i wpatrzyła się w widok, który rozpościerał się daleko przed nimi. W piękne, zielone, majestatyczne szczyty górskie. Podeszła bliżej młodszej dziewczyny i usiadła przy niej.
- Robiąc sobie krzywdę nikomu nie pomagasz Katarino. To znaczy...wybacz księżniczko, ja... Z resztą ile ty niby leżysz i nic nie robisz? Od momentu, w którym Cię znaleziono minął zaledwie tydzień! Z tego prawie trzy dni byłaś nieprzytomna i walczyłaś o życie. - Jinx odrzuciła długie warkocze na plecy i zacisnęła pięści. - Posłuchaj, chcę walczyć następnym razem, rozumiesz? A z nikim innym mnie nie puszczą! Masz być zdrowa jak najszybciej. Nigdy więcej nie chcę nawet słyszeć, że mogłaś umrzeć, bo nie miałaś przy sobie ludzi, bo oni Cię nie posłuchali! Ja bym z Tobą poszła wszędzie, ja...
- Jinx! - Rudowłosa gwałtownie jej przerwała - Cicho bądz. Jeszcze raz nazwiesz mnie księżniczką na osobności, to nie ręczę za siebie.I tak Cię nigdzie nie puszczą, a już na pewno nie ze mną! - niebieskowłosa już chciała jej przerywać, ale uciszyła ją uniesieniem ręki - To była moja decyzja, moja lekkomyślność i moja głupota. Nikomu nie kazałam za mną iść. Fakt, powinni byli ze mną zostać, ale zwyczajnie się wystraszyli. To były w dużej mierze świeżaki, takie jak ty - na moment zawiesiła wzrok na młodszej dziewczynie, po czym wróciła do kontemplowania ogrodu, sciszając głos - Mogłam się domyślić, że właśnie tak się skończy wkroczenie w sam środek walki, kiedy jestem ledwo żywa. W dodatku z bandą małolatów. Nie wiem, kto im wydał pozwolenie na walki i czy w ogóle ktokolwiek je wydał. Sama sobie jestem winna. Jedna osoba więcej, czy mniej, nie miała by żadnego znaczenia.
- Ja bym Cię nie zostawiła! Nigdy! Przecież chciałaś ich ratować...przecież chciałaś dobrze...prze...
- Tak cholera, chciałam dobrze, ale jak właśnie widzisz...wyszło jak wyszło. Przypuszczałam jak sprawy będą się miały, a mimo to, zostawiłam oddział i chciałam się pobawić w boga. Poza tym nie masz pewności co byś zrobiła w sytuacji zagrożenia życia.
Różowooka już nic nie powiedziała, chociaż wyraznie chciała się odezwać. Zacisnęła pięści i zaczęła głęboko oddychać.
Nie miały za bardzo okazji porozmawiać o okolicznościach w jakich Katarina wróciła z ostatniej pożal się boże bitwy. Z resztą dziewczyna była młoda i niedoświadczona. Lubiła ją, ale potrafiła być denerwująca z tą swoją natarczywością.
To miał być zwykły zwiad. Ostatnia grupa, którą wysłano, aby spatrolowała okoliczną wioskę, znajdującą się jednak przy granicach z innym państwem, zwyczajnie nie wróciła. Z racji tego, że ona akurat była pod ręką, głównego dowodzącego nie było, a ojciec kazał poczekać, jednak był na tyle zajęty, że nie zajmował się tą sprawą, to ona postanowiła wziąć ją w swoje ręce. W końcu to też jej królestwo, jeżeli rzeczywiście coś się stało powinna coś zrobić. Była jednym z najlepszych żołnierzy. No i zrobiła. Prawie popełniła samobójstwo, zabijając przy tym pół oddziału. Nie własnoręcznie oczywiście, ale przyczyniła się do rzezi. Skąd mogła wiedzieć, że wrogów będzie aż tak wielu? No cóż, wiedzieli w co się pakują, a to, że ona była znana z działania, a nie czekania... To było chyba jasne.
Znowu zerknęła na młodszą dziewczynę i podniosła się z siadu.
- Nie złość się młoda, ale nigdy więcej nie zamierzam brać niedoświadczonych, młodych osób ze sobą na takie misje. Nawet jeśli będzie to miał być tylko podejrzenia niebezpieczeństwa, bo przecież nigdy nie jest bezpodstawne. Nawet gdy będę mieć deficyt ludzi. Zwyczajnie nie wiem, co pózniej mam robić. Ratować was, cywili, czy może nie dać się zabić.
To nie do końca była ich wina. Przecież sama przyznała przed chwilą, sama przed sobą, że i tak nie mieli by szans, ale możliwe, że nie było by tylu trupów.
- Ale Katarina! Przecież nie wszyscy nie potrafią dobrze walczyć! Są tacy, którzy są na prawdę świetni! I nie musiała byś nikogo z nich ratować! Może nawet oni ratowali by Ciebie! Gdzie mamy zdobywać doświadczenie skoro nikt nie chce nam dać szansy!?
Na wzmiankę o jej ratowaniu skrzywiła się nieznacznie. Może i miała status księżniczki, ale ratunku za bardzo nie potrzebowała. Zazwyczaj.
- Bardzo możliwe, ale nigdy więcej nie uwierzę w wasze zapewnienia, że jesteście wyszkoleni. Dopóki nie zobaczę wydanego pisma osoby, która was szkoli, nigdzie was nie zabiorę. Ba, jeśli będziecie chcieli walczyć przy mnie, sama będę was sprawdzać. Ja nie robię sobie rekreacyjnych wycieczek po górach, tylko dbam o bezpieczeństwo i muszę być pewna za swoich ludzi. Wtedy, tam, miałam tylko sprawdzić, dlaczego nasz oddział tak długo zwleka z powrotem. Wioska nie była daleko Jinx, nie powinno tam być tylu wrogów. O orkach i stworach nie wspominając. Więc nie sądziłam, że te młodziaki w ogóle będą musiały walczyć. Nie mam pojęcia dlaczego wybrali sobie akurat to miejsce. Może chcieli nas sprowokować? Co tam robili, to nie ma sensu, atakować tak nielogicznie. Od środka. - zacisnęła zęby i odetchnęła głęboko. Na samo wspomnienie ponosiły ją nerwy.
- To rzeczywiście dziwne. Przecież po drodze powinni się natknąć na patrole i wojska, prawda? A oni... weszli jak do siebie. I praktycznie rozgromili dwa nasze oddziały, a...
- Jeden - wtrąciła Katarina - rozgromili jeden i do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Tak jakby się z nami cholera bawili! Wszystko idzie nie tak.
Jej oddział nie został "rozgromiony". Ona padła, bo chciała się pobawić w samarytankę. I młodzi, niedoświadczeni, którzy zostali.
- Wiesz, to nie wróci mu życia. Twoje ryzyko...Wiesz o tym prawda?
Katarina nic nie odpowiedziała, no bo co i mogła. Nie miała najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Nagle usłyszała za sobą ciężkie wojskowe buty, echo roznosiło się coraz głośniej i wyrazniej. Ewidentnie ktoś zmierzał w ich stronę. Odwróciła się powoli, coś za dużo tych, którzy nie umieją spać. Zmrużyła oczy i wciągnęła powietrze nosem. Poczuła psi zapach i piżmo, tak bardzo charakterystyczne. Lubiła je.
- Warwick? Co ty tu robisz?
- Witaj piękna - nie musiała widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć, że się uśmiecha - Jak Twoje samopoczucie? Co tutaj w ogóle robisz o tak póznej porze?
-Dawno Cię nie widziałam, wiesz? Po prostu nie mogłam spać - pokręciła głową ze zrezygnowaniem - A ty? Co tu robisz, szukałeś mnie?
- Nie, ale wyczułem Cię i to, że jesteś aktywna jak tylko wszedłem przez bramę. Wszędzie rozpoznam Twój zapach. - Katarina uśmiechnęła się pod nosem, to było miłe - Nie szukałem Cię, ale skoro i tak nie śpisz, postanowiłem się przywitać. Nie tylko ja przyjechałem. Wszyscy dowódcy, którzy byli na miejscu zostali wezwani. Będzie zebranie.
-Będzie...co?! Jak to? Ja nic nie wiem na ten temat. Co tu się dzieje? - gwałtownie podniosła się z siadu i wbiła w mężczyznę niecierpliwe spojrzenie.
- Uspokój się furiacie. Sam nie jestem w stanie stwierdzić, ale chyba coś się kroi. Jeżeli nic Ci nie powiedzieli, pewnie nie miałaś w nim uczestniczyć. Zrelaksuj się, ostatnio mocno oberwałaś. Nie możesz się denerwować. - Podszedł do niej krok bliżej i złapał ją za podbródek spoglądając w oczy- Gdybym wtedy tam był, rozniósłbym ich na strzępy. - Ostatnie zdanie zostało wywarczane, jego kły się wysunęły, a w oczach pojawił się niezdrowy blask.
Katarina spuściła wzrok, chociaż kusiło ją, żeby popatrzeć w te żółte ślepia jeszcze trochę. Lubiła go, bardzo. Miał świetny charakter.
- Warwick... Idę z Tobą. Chcę wiedzieć co się dzieje. Jeśli zwołują wszystkich, ja też powinnam tam być, niezależnie od tego co myśli mój ojciec i brat. Prowadz.
Dopiero teraz zwróciła uwagę na Jinx, która bacznie im się przyglądała.
- Dobrze Ci radzę młoda, idz spać, bo jutro rano masz lekcje, a chyba nie chcesz się spóznić? - Mówiąc to już robiła krok na przód. - Gdzie to zebranie?
- W głównej sali obradowej. Ja umywam ręce, spotkałaś mnie przypadkiem i wierciłaś dziurę w brzuchu. Na nic się nie godziłem, jasne?
- Jasne. Idziemy.
Powoli spuściła nogi ze swojego łoża na podłogę. Na prawdę był środek nocy. Księżyc jasno świecił, a jego blask wpadał przez uchylone okno. Powoli się podniosła i prawie natychmiast poczuła pieczenie w boku i udzie. Rany już się praktycznie zagoiły, ba, powinny były zagoić się już dawno, przecież mają we dworze najlepszych medyków. Niestety to, co w nią trafiło było nasączone paskudną trucizną, przez którą jej rana, zamiast powoli się zasklepiać, otwierała się coraz bardziej i barwiła na fioletowo czarno. Na szczęście było już dużo lepiej, jednak dopiero parę dni temu zdołała stanąć o własnych siłach.
Nienawidziła bezsilności ponad wszystko inne, jak w ogóle mogła spokojnie spać, kiedy tam, poza murami, dzieją się takie paskudztwa.
Chwyciła czerwoną narzutę na ramiona z pięknego, pozłacanego fotela, z zamiarem zejścia do ogrodów. Potrzeba jej było powietrza, świeżego powietrza. Powoli, po cichu otwarła drzwi swojej sypialni, które skrzypnęły cicho. Syknęła pod nosem, cholera, jeśli zbudzi strażnika, to z jej przechadzki nici i dobrze o tym wiedziała. Ostatnimi czasy była lepiej pilnowana niż królewski skarbiec.
Na szczęście strażnik pod jej drzwiami smacznie chrapał i nie obudziło go byle skrzypnięcie. Parsknęła pod nosem. Gdyby ktoś chciał się zakraść, aby ją zabić z tym tutaj nie miałby większych problemów.
Powoli zbliżyła się do krętych schodów i zaczęła po nich schodzić, zaciskając przy tym zęby. Oczywiście, że bolało, ale przecież odczuwała już gorszy ból, to było nic.
Kiedy powoli docierała do głównego holu, odetchnęła z ulgą. Nie zniosła by już ani jednego stopnia więcej. Sama w nożach, których używała miała truciznę, więc mogła się tego spodziewać. Jednak ta była inna. Dla tego, który ją produkował należały się brawa za skuteczność.
Postanowiła nie wychodzić przez główne wrota, gdyż o ile dobrze pamiętała były zaryglowane, a przy nich oczywiście - śpiący, bo jakże by inaczej - młodziutki strażnik. To już zaczynało zalatywać paranoją. Jej ojciec dostał bzika. W dodatku była pewna, że tutaj w cale nie chodzi o bezpieczeństwo, tylko o pilnowanie, aby nie ruszała tyłka poza zamek. Pokręciła głową z zażenowaniem. Po co to wszystko? Jak na razie wielka buntowniczka Katarina, ze schodami sobie nie radzi, więc ustawianie dodatkowej straży po całym pałacu jest zwyczajnie zbędne. Ten młodziak umierający na ścianie, równie dobrze mógłby leżeć w łóżku.
Podążyła na tyły pałacu, gdzie znajdowało się drugie wyjście prowadzące prosto do przepięknych ogrodów jej matki. Zostały nawet nazwane jej imieniem. Wszyscy goście, którzy kiedykolwiek byli w pałacu zawsze się nimi zachwycali. Były ogromne, do tego jedna ich część wyglądała jak zaczarowany las. Najbliżej wyjścia były drewniane ławeczki, altanki porośnięte i morze wielobarwych róż. Jej ulubionymi, bo najdziwniejszymi, były dwubarwne, czarno czerwone.
Drzwi na zewnątrz były otwarte, a na stopniach prowadzących w dół ktoś siedział. Kata uniosła brwi, no cóż, nie tylko ona cierpi na bezsenność. Nagle osoba gwałtownie się odwróciła mierząc do niej z dwóch żarzących się pistoletów. Kto normalny nosi przy sobie broń w środku nocy? Ah tak, już wszystko jasne.
- Kto tu jest? - zapytała dziewczyna ze schodów.
Na Katarinie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nawet jeśli strzeli, to długo nie pożyje.
- Chyba coś z Tobą mocno nie tak, skoro mnie nie poznajesz Jinx. - mruknęła pod nosem - Czyżby wzrok Ci się pogorszył? Jesteś młodsza ode mnie, to zły objaw. Podobno widzisz w ciemności? - Rudowłosa zaśmiała się cicho z lekką pogardą, już po jej pierwszych słowach, broń została opuszczona.
- Wybacz księżniczko - Jinx wykrzywiła twarz w parodii uśmiechu - Ale niestety nie mam oczu w miejscu, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Co ty tutaj w ogóle robisz? Powinnaś leżeć w łożu i się nie przemęczać! Medyk Ci przecież wyraznie powiedział, ze jeśli chcesz walczyć w najbliższym czasie masz się oszczędzać! Ba, jeśli chcesz w ogóle wyjść z pałacu!
Katarina obrzuciła ją rozbawionym spojrzeniem i prychnęła
- I tak jestem więzniem, nigdzie nie mogę się ruszyć, więc daruj sobie. Jesteś ostatnią osobą młoda, która może mi rozkazywać w jakikolwiek sposób, nie mówiąc o ustawianiu mnie "do pionu". Robię to, na co mam ochotę, za niedługo nabawię się odleżyn. Ile można siedzieć na tyłku, zwłaszcza teraz...-zawiesiła na moment głos i wpatrzyła się w widok, który rozpościerał się daleko przed nimi. W piękne, zielone, majestatyczne szczyty górskie. Podeszła bliżej młodszej dziewczyny i usiadła przy niej.
- Robiąc sobie krzywdę nikomu nie pomagasz Katarino. To znaczy...wybacz księżniczko, ja... Z resztą ile ty niby leżysz i nic nie robisz? Od momentu, w którym Cię znaleziono minął zaledwie tydzień! Z tego prawie trzy dni byłaś nieprzytomna i walczyłaś o życie. - Jinx odrzuciła długie warkocze na plecy i zacisnęła pięści. - Posłuchaj, chcę walczyć następnym razem, rozumiesz? A z nikim innym mnie nie puszczą! Masz być zdrowa jak najszybciej. Nigdy więcej nie chcę nawet słyszeć, że mogłaś umrzeć, bo nie miałaś przy sobie ludzi, bo oni Cię nie posłuchali! Ja bym z Tobą poszła wszędzie, ja...
- Jinx! - Rudowłosa gwałtownie jej przerwała - Cicho bądz. Jeszcze raz nazwiesz mnie księżniczką na osobności, to nie ręczę za siebie.I tak Cię nigdzie nie puszczą, a już na pewno nie ze mną! - niebieskowłosa już chciała jej przerywać, ale uciszyła ją uniesieniem ręki - To była moja decyzja, moja lekkomyślność i moja głupota. Nikomu nie kazałam za mną iść. Fakt, powinni byli ze mną zostać, ale zwyczajnie się wystraszyli. To były w dużej mierze świeżaki, takie jak ty - na moment zawiesiła wzrok na młodszej dziewczynie, po czym wróciła do kontemplowania ogrodu, sciszając głos - Mogłam się domyślić, że właśnie tak się skończy wkroczenie w sam środek walki, kiedy jestem ledwo żywa. W dodatku z bandą małolatów. Nie wiem, kto im wydał pozwolenie na walki i czy w ogóle ktokolwiek je wydał. Sama sobie jestem winna. Jedna osoba więcej, czy mniej, nie miała by żadnego znaczenia.
- Ja bym Cię nie zostawiła! Nigdy! Przecież chciałaś ich ratować...przecież chciałaś dobrze...prze...
- Tak cholera, chciałam dobrze, ale jak właśnie widzisz...wyszło jak wyszło. Przypuszczałam jak sprawy będą się miały, a mimo to, zostawiłam oddział i chciałam się pobawić w boga. Poza tym nie masz pewności co byś zrobiła w sytuacji zagrożenia życia.
Różowooka już nic nie powiedziała, chociaż wyraznie chciała się odezwać. Zacisnęła pięści i zaczęła głęboko oddychać.
Nie miały za bardzo okazji porozmawiać o okolicznościach w jakich Katarina wróciła z ostatniej pożal się boże bitwy. Z resztą dziewczyna była młoda i niedoświadczona. Lubiła ją, ale potrafiła być denerwująca z tą swoją natarczywością.
To miał być zwykły zwiad. Ostatnia grupa, którą wysłano, aby spatrolowała okoliczną wioskę, znajdującą się jednak przy granicach z innym państwem, zwyczajnie nie wróciła. Z racji tego, że ona akurat była pod ręką, głównego dowodzącego nie było, a ojciec kazał poczekać, jednak był na tyle zajęty, że nie zajmował się tą sprawą, to ona postanowiła wziąć ją w swoje ręce. W końcu to też jej królestwo, jeżeli rzeczywiście coś się stało powinna coś zrobić. Była jednym z najlepszych żołnierzy. No i zrobiła. Prawie popełniła samobójstwo, zabijając przy tym pół oddziału. Nie własnoręcznie oczywiście, ale przyczyniła się do rzezi. Skąd mogła wiedzieć, że wrogów będzie aż tak wielu? No cóż, wiedzieli w co się pakują, a to, że ona była znana z działania, a nie czekania... To było chyba jasne.
Znowu zerknęła na młodszą dziewczynę i podniosła się z siadu.
- Nie złość się młoda, ale nigdy więcej nie zamierzam brać niedoświadczonych, młodych osób ze sobą na takie misje. Nawet jeśli będzie to miał być tylko podejrzenia niebezpieczeństwa, bo przecież nigdy nie jest bezpodstawne. Nawet gdy będę mieć deficyt ludzi. Zwyczajnie nie wiem, co pózniej mam robić. Ratować was, cywili, czy może nie dać się zabić.
To nie do końca była ich wina. Przecież sama przyznała przed chwilą, sama przed sobą, że i tak nie mieli by szans, ale możliwe, że nie było by tylu trupów.
- Ale Katarina! Przecież nie wszyscy nie potrafią dobrze walczyć! Są tacy, którzy są na prawdę świetni! I nie musiała byś nikogo z nich ratować! Może nawet oni ratowali by Ciebie! Gdzie mamy zdobywać doświadczenie skoro nikt nie chce nam dać szansy!?
Na wzmiankę o jej ratowaniu skrzywiła się nieznacznie. Może i miała status księżniczki, ale ratunku za bardzo nie potrzebowała. Zazwyczaj.
- Bardzo możliwe, ale nigdy więcej nie uwierzę w wasze zapewnienia, że jesteście wyszkoleni. Dopóki nie zobaczę wydanego pisma osoby, która was szkoli, nigdzie was nie zabiorę. Ba, jeśli będziecie chcieli walczyć przy mnie, sama będę was sprawdzać. Ja nie robię sobie rekreacyjnych wycieczek po górach, tylko dbam o bezpieczeństwo i muszę być pewna za swoich ludzi. Wtedy, tam, miałam tylko sprawdzić, dlaczego nasz oddział tak długo zwleka z powrotem. Wioska nie była daleko Jinx, nie powinno tam być tylu wrogów. O orkach i stworach nie wspominając. Więc nie sądziłam, że te młodziaki w ogóle będą musiały walczyć. Nie mam pojęcia dlaczego wybrali sobie akurat to miejsce. Może chcieli nas sprowokować? Co tam robili, to nie ma sensu, atakować tak nielogicznie. Od środka. - zacisnęła zęby i odetchnęła głęboko. Na samo wspomnienie ponosiły ją nerwy.
- To rzeczywiście dziwne. Przecież po drodze powinni się natknąć na patrole i wojska, prawda? A oni... weszli jak do siebie. I praktycznie rozgromili dwa nasze oddziały, a...
- Jeden - wtrąciła Katarina - rozgromili jeden i do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Tak jakby się z nami cholera bawili! Wszystko idzie nie tak.
Jej oddział nie został "rozgromiony". Ona padła, bo chciała się pobawić w samarytankę. I młodzi, niedoświadczeni, którzy zostali.
- Wiesz, to nie wróci mu życia. Twoje ryzyko...Wiesz o tym prawda?
Katarina nic nie odpowiedziała, no bo co i mogła. Nie miała najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Nagle usłyszała za sobą ciężkie wojskowe buty, echo roznosiło się coraz głośniej i wyrazniej. Ewidentnie ktoś zmierzał w ich stronę. Odwróciła się powoli, coś za dużo tych, którzy nie umieją spać. Zmrużyła oczy i wciągnęła powietrze nosem. Poczuła psi zapach i piżmo, tak bardzo charakterystyczne. Lubiła je.
- Warwick? Co ty tu robisz?
- Witaj piękna - nie musiała widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć, że się uśmiecha - Jak Twoje samopoczucie? Co tutaj w ogóle robisz o tak póznej porze?
-Dawno Cię nie widziałam, wiesz? Po prostu nie mogłam spać - pokręciła głową ze zrezygnowaniem - A ty? Co tu robisz, szukałeś mnie?
- Nie, ale wyczułem Cię i to, że jesteś aktywna jak tylko wszedłem przez bramę. Wszędzie rozpoznam Twój zapach. - Katarina uśmiechnęła się pod nosem, to było miłe - Nie szukałem Cię, ale skoro i tak nie śpisz, postanowiłem się przywitać. Nie tylko ja przyjechałem. Wszyscy dowódcy, którzy byli na miejscu zostali wezwani. Będzie zebranie.
-Będzie...co?! Jak to? Ja nic nie wiem na ten temat. Co tu się dzieje? - gwałtownie podniosła się z siadu i wbiła w mężczyznę niecierpliwe spojrzenie.
- Uspokój się furiacie. Sam nie jestem w stanie stwierdzić, ale chyba coś się kroi. Jeżeli nic Ci nie powiedzieli, pewnie nie miałaś w nim uczestniczyć. Zrelaksuj się, ostatnio mocno oberwałaś. Nie możesz się denerwować. - Podszedł do niej krok bliżej i złapał ją za podbródek spoglądając w oczy- Gdybym wtedy tam był, rozniósłbym ich na strzępy. - Ostatnie zdanie zostało wywarczane, jego kły się wysunęły, a w oczach pojawił się niezdrowy blask.
Katarina spuściła wzrok, chociaż kusiło ją, żeby popatrzeć w te żółte ślepia jeszcze trochę. Lubiła go, bardzo. Miał świetny charakter.
- Warwick... Idę z Tobą. Chcę wiedzieć co się dzieje. Jeśli zwołują wszystkich, ja też powinnam tam być, niezależnie od tego co myśli mój ojciec i brat. Prowadz.
Dopiero teraz zwróciła uwagę na Jinx, która bacznie im się przyglądała.
- Dobrze Ci radzę młoda, idz spać, bo jutro rano masz lekcje, a chyba nie chcesz się spóznić? - Mówiąc to już robiła krok na przód. - Gdzie to zebranie?
- W głównej sali obradowej. Ja umywam ręce, spotkałaś mnie przypadkiem i wierciłaś dziurę w brzuchu. Na nic się nie godziłem, jasne?
- Jasne. Idziemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz