piątek, 27 maja 2016

Don't go. I can't do this on my own I

Dwa lata temu dodałam tutaj pierwszego i ostatniego zarazem posta. Pózniej zwyczajnie się nie odzywałam. Może trochę zapomniałam, że w ogóle założyłam bloga, ale w dużej mierze moja chęć tworzenia z dnia na dzień zanikła, sama nie wiem dlaczego.
To nowe coś, co wymyśliłam zainspirowana pewną...piosenką. Nie wiem co z tego wyniknie. Nie wiem, jak będzie z kontynuacją, ale  może ktoś to przeczyta.  

Tytuł: Don't go. I can't do this on my own.
Ostrzeżenie: Psychiczne, na prawdę. Występują przekleństwa.
Niebetowane, będą błedy hehe.
Enjoy!


Wiecie kiedy uświadamiacie sobie, że coś z wami jest mocno nie tak? Kiedy sami robicie sobie krzywdę i nic was to nie obchodzi. Ba, robicie to wręcz naumyślnie, z pełną premedytacją. Idąc tym tokiem myślenia, gdzie ja schowałam numer do psychiatry? Matka podrzuciła mi go dawno temu, niby przypadkiem, myśląc zapewne, że nie zauważę, jak się zakrada niczym ninja, krążąc nad moją torebką i coś do niej wkładając. Nie zauważyłam. W cale. Od tamtego momentu do niej nie przyszłam po prostu. Nie nawidzę jak grzebie mi się po szmatach. Mam tu na myśli wszystko. To co Twoje, to i moje, a to co moje, to nie ruszaj. Zasada numer jeden. Nie dotykać nic, powtarzam nic, co należy do mnie, dla własnego dobra psychicznego, bezpieczeństwa przede wszystkim i mojego gardła, bo drę się potem jak wariatka, którą poniekąd jestem. Oczywiście nie zawsze tak było, ale od pewnego czasu jestem wręcz chora na tym punkcie.

W każdym razie, moja mamusia chyba liczyła, że pomyślę o cudownym objawieniu się tej malusiej karteczki, bo kiedy grzecznie zapytałam, co to kurwa jest, wzruszyła ramionami i przejechała językiem po zębach. To taki mały gest symbolizujący oburzenie i bulwers, widuję go odkąd pamiętam. Nienawidzę tego, ale jak się zirytuje, robię tak samo. Bezwiednie. To strasznie wkurza, ale cóż poradzę, mieszkałam z nią prawie 19 lat. 

Wracając do kartki i objawienia. Objawienie mi się kojarzy tylko z aniołkami, Maryjką i dziećmi z Fatimy. Apropo Fatimy taki zespół j-rockowy znalazłam ostatnio. Nazywał się tak znaczy się. Gdyby się księża dowiedzieli, że taka nazwa, zespołu, którego wokaliści mamlają się na scenie, pewnie zeszliby na zawał. Mnie się tam podoba. Zespół, nie perspektywa zawału od księży. Chyba. W każdym razie wypadało by znalezć tę wizytówkę. Ostatnio mi się pogorszyło, jednak perspektywa zamknięcia w wariatkowie nie bardzo mi się podoba. Nienawidzę ludzi, między innymi za to, że zamiast pomagać, potrafią tylko szkodzić. 

Zamyśliłam się po raz pięćdziesiąty tego dnia. Łapię typowe "zawiechy", co nie jest ani fajne, ani bezpieczne. Bardzo łatwo w takim stanie wchodzę, zupełnie niezamierzenie pod auta, albo robiąc sobie obiad, tnę się po paluchach. Nie pamiętam kiedy ostatnio robiłam sama ten posiłek, ale to jest mało ważne. Mój żołądek jakby na potwierdzenie glośno zaburczał, a ja skrzywiłam się mimowolnie. Zaraz zwymiotuję, chociaż pewnie nie mam czym, mimo wszystko ostro mnie zemdliło. Powlokłam się do kuchni z zamiarem zrobienia sobie herbaty, zielonej w gwoli ścisłości. Nie pijam nic, oprócz kawy, coli i herbat ziołowych. Czarne, czerwone be. Wszystko co ma odcień zieleni, lub jest miętowe tak. Aktualnie zielona z cytryną, chyba moja ulubiona. Odpaliłam gaz, nalałam wody do czajnika, postawiłam na palniku i cierpliwie czekałam. Nie, nie mam elektrycznego podgrzewacza wody, on za drogi, ja za biedna. 

W tym momencie rozdzwonił się mój telefon. Rzadkie zjawisko, ale zdarza się. Zdziwiona zerknęłam na wyświetlacz podnosząc jedną brew. Przesunęłam po zielonej słuchawce, przykładając urządzenie do ucha. Zjadła bym banana, muszę wybrać się do sklepu. W lodówce mam tylko światełko.

-Halo? - zapytałam niepewnie dla odmiany marszcząc brwi, ta rozmowa się dobrze nie skończy. 

-Ines? - nie królowa Bona kurwa, a pod czyj numer dzwonisz baranie?! - Ines, cześć, co tam u Ciebie, jak mija weekend? - usłyszałam chichy, suchy, ale przede wszystkim wymuszony śmiech. Wywróciłam oczami, czy on sądzi, że ja jestem głupia?

- Czego chcesz? Zajęta jestem. Trupy w szafie same się nie zakopią, muszę je jeszcze wypatroszyć i zrobić mielone. Coś się stało? Ktoś umarł? - Czy ja wyczułam w swoim głosie entuzjazm? Matko...
Znowu usłyszałam ten wymuszony chichot, tym razem jakby z nutką przerażenia. Kurwa jak hiena.
-Dlaczego sądzisz, że coś się stało? To już nie mogę zadzwonić do siostry, żeby zapytać czy żyje i czy wszystko w porządku? 
Na momencik się zawiesiłam, ale tylko na chwilę. Martwi się? Ta kanalia? Dobre żarty. Nawet kiedy leżałam w szpitalu szybciej doczekałam się telefonu od szefa, niż od niego. Chyba że...
- Kontrola? - tym razem obie brwi uniosłam w akcie zdziwienia i...rozbawienia. Tak, zaśmiałam się, o cholercia rozbawił mnie – Sprawdzasz, czy kontaktuję i czy jeszcze nie powiesiłam się na klamce? Albo na żyrandolu? W podcinaniu żył też jestem niezła. Co sumienie Cię ruszyło, czy mamusia kazała? A co byś zrobił jakbym nie odebrała? - zaczęłam już jawnie chichotać. Nie oczekiwałam odpowiedzi na ani jedno z tych pytań. 
Jednego byłam pewna, dla każdego NORMALNEGO człowieka pytanie mojego brata nie wydało by się niczym dziwnym. Ba, pewnie by się ucieszyli, że ktoś o nich myśli. Ja nie jestem normalna, więc dla mnie też nie znaczy to to, co dla wszystkich innych. W moich uszach brzmi jak "jeszcze się nie zabiłaś? Szkoda." Po drugiej stronie zrobiło się jakoś dziwnie cicho i coś jakby łupnęło, usłyszałam ciche przekleństwo.
- Przestań się wygłupiać Ines. - wysyczał po chwili jak jakiś wąż, chyba go wkurzyłam - Tak, martwię się to chyba logiczne, nie odzywasz się przez szmat czasu, ani do mnie, ani do nikogo z rodziny, matka też się martwi, a poza tym... 

- Matka się martwi - przedrzeznilam go i prychnęłam - Przynajmniej nie kłam, adres zna, numer ma, nie zmieniałam, bo dalej spłacam telefon, nienawidzę jak dzwoni, fakt, często odrzucam połączenia, ale to jej powinno wystarczyć. Odrzucam, czyli żyję, nic więcej was obchodzić nie powinno. - warknęłam w odpowiedzi, dobrze wiem, że mu przerwałam, ale po prostu mnie wkurzył. Nagle mój żółty czajniczek się rozgwizdał. Nareszcie. Chyba zrezygnuję z zielonej i zaparzę sobie meliskę. Wręcz czułam pod skórą mrówki, czyli objaw podwyższonego ciśnienia. Zgrzytnęłam zębami - Ponawiam pytanie, czego chcesz? 
- Wiesz czasem nie mam do Ciebie słów - powiedział cicho.
- Oj jak mi przykro, polecam czytać więcej książek, wzbogacają słownik. Czy możemy w końcu przejść do rzeczy. Po co zadzwoniłeś. - ja już na prawdę zaczynałam warczeć jak pies.
-Eliza za tydzień ma urodziny Ines... - miałam wrażenie, że głos mu zadrżał - Mam nadzieję, że nie muszę Ci tłumaczyć, co to znaczy. Ona ma nadzieję, że Cie zobaczy, nawet wysłała Ci już zaproszenie. Zachowaj się przyzwoicie i pokaż się na imprezie, chociaż na godzinę. Nikt Cię nie zmusza do dobrej zabawy. Po prostu przyjdz, złoż życzenia, pogadaj trochę i możesz sobie iść. 
No to pięknie, a mogłam nie odbierać tego telefonu, wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Momentalnie moje wkurzenie zmieniło się w przerażenie. 
- Emmm, wiesz Patryś trup mi chyba wypełzł z szafy, muszę kończyć, pa - odsunęłam telefon od ucha i w zastraszająco szybkim tempie zaczęłam uderzać w czerwony przycisk "zakończ". Trochę się dziad (mój telefon) tnie, dlatego nie zareagował od razu, więc miałam wątpliwą przyjemność wysłuchania jeszcze paru miłych słów od tego oszołoma. Wyciszyłam telefon i schowałam go do szafki, tak, chore, nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Jakby się dało zabiła bym tę szafkę gwozdziami. Serce biło mi trzy razy szybciej niż w normie. Kurwa w cale nie mam się czego bać, więc o co chodzi. Jestem w domu, 
Nie pójdę na żadne urodziny i kropka. Ja się tym ludziom na oczy nie zamierzam pokazywać do końca życia. Ta połowa mojej rodziny, która jeszcze jakimś cudem nie wie o tym, że byłam u czubków i trzeba się ode mnie odsuwać jakbym miała trond, spotka się z tą, która już doskonale o tym wie, a kiedy na dokładkę zobaczą mnie, zacznie się istny armagedon i ciskanie we mnie nieprzyjaznych spojrzeń. Może jak ktoś się mnie bardzo wystraszy, to rzuci we mnie talerzem? 
Spojrzałam na zegar nad lodówką. Miałam jeszcze trochę czasu. Zalałam herbatę, wzięłam kubek w dłoń i pomaszerowałam do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku, naczynie odstawiłam na szafkę, a moja ręka automatycznie powędrowała do mojej głowy. Kurwa! Stop, nie wolno. To wszystko przez telefon od tego barana. Nie mogę sobie znowu zrobić krzywdy. Tak moi mili państwo, jestem malutką masochistką. Chciałam sobie wyrwać włosa. Oh nie, na jadnym z pewnością by się to nie skończyło, może jakby mnie przeraziła ilość, czyli jakoś przybliżając pełna garść moich blond kłaków, to poleciałam bym z płaczem do kibla i w końcu odpuściła. Może. Dziękuję niebiosom, że obdarowali mnie dużą ilością włosów, zawsze miałam je gęste, teraz już nie bardzo, ale tylko dlatego jeszcze nie jestem łysa. Wracając, odkąd miały miejsce pewne wydarzenia w moim życiu, w momentach stresu, bądz strachu robię sobie zwyczajnie krzywdę. Może nie tak bezpardonowo, że biorę żyletkę w dłoń i dawaj, chociaż też mi się zdarzyło, ale...potrafię się skrzywdzić bardziej subtelnie., nie panując nad tym. Mieszkam sama, ledwo za wszystko płacę, ale żelowe paznokcie mam. Dlaczego? Bo gdybym miała swoje, były by prawdopodobnie obgryzione do krwi, albo nawet wyrwane, a tego za wszelką cenę chcę uniknąć. 
Wiecie co jest najgorsze? Nie wiecie? To wam powiem. W cale mi się nie podoba to, że nie potrafię panować nad swoją nienormalna stroną, bo ona niestety ma nade mną przewagę. Przysięgam, nie potrafię nad sobą zapanować, kiedy chcę zrobić coś pokroju wyrwania sobie połowy włosów, po protu wyłączam myślenie. Kiedy na powrót pozwalam sobie samej na łączenie faktów. mam ochotę sobie dać w twarz. Dostaje klasycznego napadu histerii. Po prostu, płaczę jak nienormalna. Po co mi to, co? Lubię moje włosy, ba, ja je wręcz kocham, więc dlaczego nie mogę dać im spokoju? Co się ze mną dzieje, że potrafię tylko płakać i się obwiniać? Czuję jakbym w środku, w sobie miała miliardy igieł, które wbijają się we mnie i kaleczą w najmniej odpowiednich momentach. Jestem cholernie słaba. Poczułam łzy na moich policzkach, usmiechnęłam się gorzko. Dobrze, że nie zdążyłam jeszcze zrobić makijażu.
Oczywiście gdyby nie zadzwonił mój braciszek pewnie nie odczuwała bym tak usilnej potrzeby rozwalenia sobie głowy. Zawsze zostaje żyletka i uda. Ud nie lubię, nie będzie mi ich szkoda. Odgoniłam od siebie te myśli i pociągnęłam łyk herbaty, z kubka, który przed chwilą wzięłam w ręce. Ponownie spojrzałam na zegarek, tym razem na szafce. Cholera, te moje wewnętrzne monologi zajmują stanowczo za dużo czasu. Za godzinę powinnam być w pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz