Dwa lata temu dodałam tutaj pierwszego i ostatniego zarazem posta. Pózniej zwyczajnie się nie odzywałam. Może trochę zapomniałam, że w ogóle założyłam bloga, ale w dużej mierze moja chęć tworzenia z dnia na dzień zanikła, sama nie wiem dlaczego.
To nowe coś, co wymyśliłam zainspirowana pewną...piosenką. Nie wiem co z tego wyniknie. Nie wiem, jak będzie z kontynuacją, ale może ktoś to przeczyta.
Tytuł: Don't go. I can't do this on my own.
Ostrzeżenie: Psychiczne, na prawdę. Występują przekleństwa.
Niebetowane, będą błedy hehe.
Enjoy!
Wiecie
kiedy uświadamiacie sobie, że coś z wami jest mocno nie tak? Kiedy
sami robicie sobie krzywdę i nic was to nie obchodzi. Ba, robicie to
wręcz naumyślnie, z pełną premedytacją. Idąc tym tokiem
myślenia, gdzie ja schowałam numer do psychiatry? Matka podrzuciła
mi go dawno temu, niby przypadkiem, myśląc zapewne, że nie
zauważę, jak się zakrada niczym ninja, krążąc nad moją torebką
i coś do niej wkładając. Nie zauważyłam. W cale. Od tamtego
momentu do niej nie przyszłam po prostu. Nie nawidzę jak grzebie mi
się po szmatach. Mam tu na myśli wszystko. To co Twoje, to i moje,
a to co moje, to nie ruszaj. Zasada numer jeden. Nie dotykać nic,
powtarzam nic, co należy do mnie, dla własnego dobra psychicznego,
bezpieczeństwa przede wszystkim i mojego gardła, bo drę się potem
jak wariatka, którą poniekąd jestem. Oczywiście nie zawsze tak
było, ale od pewnego czasu jestem wręcz chora na tym punkcie.
W
każdym razie, moja mamusia chyba liczyła, że pomyślę o cudownym
objawieniu się tej malusiej karteczki, bo kiedy grzecznie zapytałam,
co to kurwa jest, wzruszyła ramionami i przejechała językiem po
zębach. To taki mały gest symbolizujący oburzenie i bulwers,
widuję go odkąd pamiętam. Nienawidzę tego, ale jak się zirytuje,
robię tak samo. Bezwiednie. To strasznie wkurza, ale cóż poradzę,
mieszkałam z nią prawie 19 lat.
Wracając do kartki i
objawienia. Objawienie mi się kojarzy tylko z aniołkami, Maryjką i
dziećmi z Fatimy. Apropo Fatimy taki zespół j-rockowy znalazłam
ostatnio. Nazywał się tak znaczy się. Gdyby się księża
dowiedzieli, że taka nazwa, zespołu, którego wokaliści mamlają
się na scenie, pewnie zeszliby na zawał. Mnie się tam podoba.
Zespół, nie perspektywa zawału od księży. Chyba. W każdym razie
wypadało by znalezć tę wizytówkę. Ostatnio mi się pogorszyło,
jednak perspektywa zamknięcia w wariatkowie nie bardzo mi się
podoba. Nienawidzę ludzi, między innymi za to, że zamiast pomagać,
potrafią tylko szkodzić.
Zamyśliłam się po raz
pięćdziesiąty tego dnia. Łapię typowe "zawiechy", co
nie jest ani fajne, ani bezpieczne. Bardzo łatwo w takim stanie
wchodzę, zupełnie niezamierzenie pod auta, albo robiąc sobie
obiad, tnę się po paluchach. Nie pamiętam kiedy ostatnio robiłam
sama ten posiłek, ale to jest mało ważne. Mój żołądek jakby na
potwierdzenie glośno zaburczał, a ja skrzywiłam się mimowolnie.
Zaraz zwymiotuję, chociaż pewnie nie mam czym, mimo wszystko ostro
mnie zemdliło. Powlokłam się do kuchni z zamiarem zrobienia sobie
herbaty, zielonej w gwoli ścisłości. Nie pijam nic, oprócz kawy,
coli i herbat ziołowych. Czarne, czerwone be. Wszystko co ma odcień
zieleni, lub jest miętowe tak. Aktualnie zielona z cytryną, chyba
moja ulubiona. Odpaliłam gaz, nalałam wody do czajnika, postawiłam
na palniku i cierpliwie czekałam. Nie, nie mam elektrycznego
podgrzewacza wody, on za drogi, ja za biedna.
W tym momencie
rozdzwonił się mój telefon. Rzadkie zjawisko, ale zdarza się.
Zdziwiona zerknęłam na wyświetlacz podnosząc jedną brew.
Przesunęłam po zielonej słuchawce, przykładając urządzenie do
ucha. Zjadła bym banana, muszę wybrać się do sklepu. W lodówce
mam tylko światełko.
-Halo? - zapytałam niepewnie dla odmiany
marszcząc brwi, ta rozmowa się dobrze nie skończy.
-Ines? -
nie królowa Bona kurwa, a pod czyj numer dzwonisz baranie?! - Ines,
cześć, co tam u Ciebie, jak mija weekend? - usłyszałam chichy,
suchy, ale przede wszystkim wymuszony śmiech. Wywróciłam oczami,
czy on sądzi, że ja jestem głupia?
- Czego chcesz? Zajęta
jestem. Trupy w szafie same się nie zakopią, muszę je jeszcze
wypatroszyć i zrobić mielone. Coś się stało? Ktoś umarł? - Czy
ja wyczułam w swoim głosie entuzjazm? Matko...
Znowu usłyszałam
ten wymuszony chichot, tym razem jakby z nutką przerażenia. Kurwa
jak hiena.
-Dlaczego sądzisz, że coś się stało? To już nie
mogę zadzwonić do siostry, żeby zapytać czy żyje i czy wszystko
w porządku?
Na momencik się zawiesiłam, ale tylko na chwilę.
Martwi się? Ta kanalia? Dobre żarty. Nawet kiedy leżałam w
szpitalu szybciej doczekałam się telefonu od szefa, niż od niego.
Chyba że...
- Kontrola? - tym razem obie brwi uniosłam w akcie
zdziwienia i...rozbawienia. Tak, zaśmiałam się, o cholercia
rozbawił mnie – Sprawdzasz, czy kontaktuję i czy jeszcze nie
powiesiłam się na klamce? Albo na żyrandolu? W podcinaniu żył
też jestem niezła. Co sumienie Cię ruszyło, czy mamusia kazała?
A co byś zrobił jakbym nie odebrała? - zaczęłam już jawnie
chichotać. Nie oczekiwałam odpowiedzi na ani jedno z tych pytań.
Jednego byłam pewna, dla każdego NORMALNEGO człowieka pytanie
mojego brata nie wydało by się niczym dziwnym. Ba, pewnie by się
ucieszyli, że ktoś o nich myśli. Ja nie jestem normalna, więc dla
mnie też nie znaczy to to, co dla wszystkich innych. W moich uszach
brzmi jak "jeszcze się nie zabiłaś? Szkoda." Po drugiej
stronie zrobiło się jakoś dziwnie cicho i coś jakby łupnęło,
usłyszałam ciche przekleństwo.
- Przestań się wygłupiać
Ines. - wysyczał po chwili jak jakiś wąż, chyba go wkurzyłam -
Tak, martwię się to chyba logiczne, nie odzywasz się przez szmat
czasu, ani do mnie, ani do nikogo z rodziny, matka też się martwi,
a poza tym...
- Matka się martwi - przedrzeznilam go i
prychnęłam - Przynajmniej nie kłam, adres zna, numer ma, nie
zmieniałam, bo dalej spłacam telefon, nienawidzę jak dzwoni, fakt,
często odrzucam połączenia, ale to jej powinno wystarczyć.
Odrzucam, czyli żyję, nic więcej was obchodzić nie powinno. -
warknęłam w odpowiedzi, dobrze wiem, że mu przerwałam, ale po
prostu mnie wkurzył. Nagle mój żółty czajniczek się rozgwizdał.
Nareszcie. Chyba zrezygnuję z zielonej i zaparzę sobie meliskę.
Wręcz czułam pod skórą mrówki, czyli objaw podwyższonego
ciśnienia. Zgrzytnęłam zębami - Ponawiam pytanie, czego chcesz?
- Wiesz czasem nie mam do Ciebie słów - powiedział cicho.
-
Oj jak mi przykro, polecam czytać więcej książek, wzbogacają
słownik. Czy możemy w końcu przejść do rzeczy. Po co
zadzwoniłeś. - ja już na prawdę zaczynałam warczeć jak
pies.
-Eliza za tydzień ma urodziny Ines... - miałam wrażenie,
że głos mu zadrżał - Mam nadzieję, że nie muszę Ci tłumaczyć,
co to znaczy. Ona ma nadzieję, że Cie zobaczy, nawet wysłała Ci
już zaproszenie. Zachowaj się przyzwoicie i pokaż się na
imprezie, chociaż na godzinę. Nikt Cię nie zmusza do dobrej
zabawy. Po prostu przyjdz, złoż życzenia, pogadaj trochę i możesz
sobie iść.
No to pięknie, a mogłam nie odbierać tego
telefonu, wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie.
Momentalnie moje wkurzenie zmieniło się w przerażenie.
- Emmm,
wiesz Patryś trup mi chyba wypełzł z szafy, muszę kończyć, pa -
odsunęłam telefon od ucha i w zastraszająco szybkim tempie
zaczęłam uderzać w czerwony przycisk "zakończ". Trochę
się dziad (mój telefon) tnie, dlatego nie zareagował od razu, więc
miałam wątpliwą przyjemność wysłuchania jeszcze paru miłych
słów od tego oszołoma. Wyciszyłam telefon i schowałam go do
szafki, tak, chore, nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Jakby
się dało zabiła bym tę szafkę gwozdziami. Serce biło mi trzy
razy szybciej niż w normie. Kurwa w cale nie mam się czego bać,
więc o co chodzi. Jestem w domu,
Nie pójdę na żadne urodziny
i kropka. Ja się tym ludziom na oczy nie zamierzam pokazywać do
końca życia. Ta połowa mojej rodziny, która jeszcze jakimś cudem
nie wie o tym, że byłam u czubków i trzeba się ode mnie odsuwać
jakbym miała trond, spotka się z tą, która już doskonale o tym
wie, a kiedy na dokładkę zobaczą mnie, zacznie się istny
armagedon i ciskanie we mnie nieprzyjaznych spojrzeń. Może jak ktoś
się mnie bardzo wystraszy, to rzuci we mnie talerzem?
Spojrzałam
na zegar nad lodówką. Miałam jeszcze trochę czasu. Zalałam
herbatę, wzięłam kubek w dłoń i pomaszerowałam do mojego
pokoju. Usiadłam na łóżku, naczynie odstawiłam na szafkę, a
moja ręka automatycznie powędrowała do mojej głowy. Kurwa! Stop,
nie wolno. To wszystko przez telefon od tego barana. Nie mogę sobie
znowu zrobić krzywdy. Tak moi mili państwo, jestem malutką
masochistką. Chciałam sobie wyrwać włosa. Oh nie, na jadnym z
pewnością by się to nie skończyło, może jakby mnie przeraziła
ilość, czyli jakoś przybliżając pełna garść moich blond
kłaków, to poleciałam bym z płaczem do kibla i w końcu
odpuściła. Może. Dziękuję niebiosom, że obdarowali mnie dużą
ilością włosów, zawsze miałam je gęste, teraz już nie bardzo,
ale tylko dlatego jeszcze nie jestem łysa. Wracając, odkąd miały
miejsce pewne wydarzenia w moim życiu, w momentach stresu, bądz
strachu robię sobie zwyczajnie krzywdę. Może nie tak bezpardonowo,
że biorę żyletkę w dłoń i dawaj, chociaż też mi się
zdarzyło, ale...potrafię się skrzywdzić bardziej subtelnie., nie
panując nad tym. Mieszkam sama, ledwo za wszystko płacę, ale
żelowe paznokcie mam. Dlaczego? Bo gdybym miała swoje, były by
prawdopodobnie obgryzione do krwi, albo nawet wyrwane, a tego za
wszelką cenę chcę uniknąć.
Wiecie co jest najgorsze? Nie
wiecie? To wam powiem. W cale mi się nie podoba to, że nie potrafię
panować nad swoją nienormalna stroną, bo ona niestety ma nade mną
przewagę. Przysięgam, nie potrafię nad sobą zapanować, kiedy
chcę zrobić coś pokroju wyrwania sobie połowy włosów, po protu
wyłączam myślenie. Kiedy na powrót pozwalam sobie samej na
łączenie faktów. mam ochotę sobie dać w twarz. Dostaje
klasycznego napadu histerii. Po prostu, płaczę jak nienormalna. Po
co mi to, co? Lubię moje włosy, ba, ja je wręcz kocham, więc
dlaczego nie mogę dać im spokoju? Co się ze mną dzieje, że
potrafię tylko płakać i się obwiniać? Czuję jakbym w środku, w
sobie miała miliardy igieł, które wbijają się we mnie i kaleczą
w najmniej odpowiednich momentach. Jestem cholernie słaba. Poczułam
łzy na moich policzkach, usmiechnęłam się gorzko. Dobrze, że nie
zdążyłam jeszcze zrobić makijażu.
Oczywiście gdyby nie
zadzwonił mój braciszek pewnie nie odczuwała bym tak usilnej
potrzeby rozwalenia sobie głowy. Zawsze zostaje żyletka i uda. Ud
nie lubię, nie będzie mi ich szkoda. Odgoniłam od siebie te myśli
i pociągnęłam łyk herbaty, z kubka, który przed chwilą wzięłam
w ręce. Ponownie spojrzałam na zegarek, tym razem na szafce.
Cholera, te moje wewnętrzne monologi zajmują stanowczo za dużo
czasu. Za godzinę powinnam być w pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz